Ten blog niekoniecznie przedstawia prawdziwe osoby lub wydarzenia. Intencją autora nie jest i nigdy nie było obrażanie wyśmiewanie kogokolwiek. Wyobraźmy sobie więc lekarza...
Blog > Komentarze do wpisu

Spotkałem się z kolegą...

Spotkałem się z kolegą, bo kolega jest od tego...

To było dawno temu. Szósty rok studiów - czasy kiedy większość "prawie lekarzy" nosiła dupy wyżej od nosów, a nam ciągle udawało się unikać tej głupiej maniery nadętych bubków. Innej rzeczy nie unikaliśmy - alkoholu.

Na zakrapianą męską imprezę zapraszaliśmy różnych znajomych spoza naszej uczelni, ale i tak tematy "medyczne" przewijały się w pijackich dyskusjach:

"A widzieliśmy takiego kolesia, który wsunął sobie prawie dwumetrowy drut przez cewkę moczową do pęcherza, bo dziewczyna prosiła by jego penis dłużej stał?"

"A tego, który połknął skakankę i jedna "rączka" znajdowała się już zablokowana w żołądku, a druga powodowała odruch wymiotny siedząc głęboko w jamie ustnej, widziałeś"

"Przywieźli faceta, który nałożył sobie kółeczko od kluczy na penisa i musiał go o 3 rano złotnik rozcinać"

"Kobieta masturbowała się żarówką, która pękła"

"Wyciągnęliśmy jej wielki kamień z pęcherza moczowego, który okazał się być skamieniałym termometrem"

"A na sali operacyjnej widziałem wielkiego spasionego szczura, który spacerował sobie wyluzowany"

Takie licytacje mogły trwać godzinami, bo ciekawostek uzbierało się nam wiele.
W sumie nie łamaliśmy żadnej tajemnicy zawodowej, bo żaden z pacjentów nie był znany z imienia i nazwiska, a niektóre z omawianych przypadków były już całkiem odległe w czasie. Ot takie alkoholowe przechwałki...



I wszystko później było proste: wielki kac po imprezie, wielkie sprzątanie pobojowiska, zakupy sprzętu mającego zastąpić ten zniszczony.
Tak było zawsze pomijając ten jeden raz, kiedy spotkałem się z kolegą.
Kolegą sprzed lat, jednym z przyjaciół z młodości. Widywaliśmy się czasami na małych imprezach u niego na dziennikarstwie, a teraz właśnie trafił na balangę do nas.

Potem był kac, ibuprofen, sprzątanie z bólem głowy, zakupy i...

artykuł w lokalnej gazecie!

Zatytułował go wdzięcznie: "Tak się bawią studenci medycyny"

Opisał wszystko co się tam działo, zacytował wszystkie nasze opowieści. Przytoczył z nazwy lokalizacje (szpitale, kliniki), o których mówiliśmy.
Przekazał nasze plotki i mocno niepochlebne opinie na temat nauczycieli akademickich.
Wszystko, kurwa, wszystko.

Głupio tak prawie wylecieć ze studiów będąc na ostatnim roku i mając prawie pewną piątkę na dyplomie, nie?

Rektor i dziekan okazali się być wyrozumiałymi ludźmi.

Z kolegą już się nie spotykam...
W mordę nie dostał, bo nie chciałem dawać mu materiału do brukowca, choć ciągle może trafić się okazja. Nie wykluczam.

poniedziałek, 25 października 2010, doubletwain

Polecane wpisy

  • Mogę zostać sponsorem.

    Mogę zostać sponsorem, ale nie z własnej woli. Pewnego dnia przyjdzie do mnie kontroler z NFZ, może chirurg albo nefrolog, i sprawdzi moją psychiatryczną dokume

  • Upadek Ikara.

    Przecież miała rodzinę. Od roku mieszkała w kurniku. Była stara. W sumie kogo obchodziło ile dokładnie miała lat - sama przecież już zapomniała, kiedy się urodz

  • Ksiądz.

    Historia mało medyczna, ale bardzo prawdziwa. W sumie nie byłoby jej gdyby nie to, że jeżdżąc karetką zwiedziłem niejedną prowincję zadupia. To był dobry probo

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: